Prywatność na
DevilPage.pl

W serwisach DevilPage.pl korzystamy z plików cookies, aby zapewnić Wam wygodę i komfort użytkowania stron. Cookies wykorzystywane są m.in. do personalizacji reklam. Szczegółowe informacje na temat plików cookies znajdziesz w dziale Polityka Cookies. Korzystając z serwisu akceptujesz także postanowienia naszego Regulaminu.

Akceptuję pliki Cookies i Regulamin



Nowy temat Nowy temat Odpowiedz Odpowiedz

Nasze przemyślenia na temat tragedii w Monachium

vanderToki

Postów: 451
Dodano: 07.02.2018, 10:54
Wiem, że z dużym opóźnieniem, ale może ktoś chciałby - abstrahując od smutnej rocznicy - podzielić się jakimiś rozważaniami odnośnie samego wypadku czy jego wpływu na klub. Pozwolę sobie zacząć własnym tekstem, który opublikowała jedna ze stron fanowskich na facebooku - swoją drogą, moim zdaniem wykonują tam świetną robotę, a dzień wczorajszy był tego ukoronowaniem.
Jeśli temat nie spotka się z odzewem, naturalnie uważam, że można by go usunąć.



Wracali do domu.

Byli zespołem wybitnych sportowców, prowadzonych przez świetnego trenera. Byli dobrze zgraną grupą kolegów, przyjaciół. Ale tamtego popołudnia najpewniej byli po prostu bardzo szczęśliwymi, acz zmęczonymi podróżą młodymi ludźmi.

Poprzedniego dnia odnieśli przecież wielki sukces. Po zaciętym meczu w „Świątyni futbolu”, w obliczu ponad pięćdziesięciu tysięcy fanów na Stadionie Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, udało im się obronić przewagę i drugi raz z rzędu ich drużyna osiągnęła półfinał Pucharu Europy. Bogatsi doświadczeniem, z pewnością wierzyli w swoje siły i mieli nadzieję, że tym razem zrobią kolejny krok i wyjdą na boisko Heysel w Brukseli, by powalczyć o trofeum.

Doświadczenia nabrali również klubowi decydenci. W poprzedniej rundzie zespół mierzył się z Duklą Praga. Powrót z Czechosłowacji był długi – lot do Holandii, prom do Anglii, pociąg do Manchesteru. Trudy podróży odbiły się na formie piłkarzy, którzy trzy dni później zremisowali z Birmingham City. Kolejne zgubione punkty nie wchodziły w grę: klub walczył o trzecie z rzędu mistrzostwo (osiągnęły to wcześniej tylko Huddersfield i Arsenal), a do Wolverhampton – przeciwko któremu miano rozegrać kolejne spotkanie – tracił już sześć oczek. Dlatego też tym razem po prostu wyczarterowano samolot.

Piłkarze United wracali więc do Anglii drogą powietrzną. Wracali z obcego, dalekiego i pewnie dziwnego w ich oczach kraju. Zatrzymali się, by uzupełnić paliwo. Wylądowali w Monachium – w mieście już jakby bardziej znajomym, bo należącym do „Zachodu”, po „właściwej” stronie linii, która podzieliła świat na dwa nienawidzące się obozy.

Kapitan drużyny, Roger Byrne. Billy Whelan, rosły Irlandczyk. Tancerz i boiskowy magik, typowany na przyszłego kapitana reprezentacji Anglii, Duncan Edwards. Bill Foulkes, niedoszły rugbysta. Najstarszy z nich, Johnny Berry. Ten, który niedawno za rekordową jak na bramkarza sumę dołączył do zespołu, a którego nazwisko na zawsze miało być już kojarzone z Monachium – Harry Gregg. Zabójczo skuteczny Dennis Viollett oraz Tommy Taylor, kupiony przez Busby’ego z Barnsley za 29 999 funtów, by nie obciążać go brzemieniem „iłkarza za 30 tysięcy”. Potrafiący się odnaleźć na każdej pozycji Jackie Blanchflower. Wciąż jeszcze osiemnastoletni Kenny Morgans. To tylko niektórzy zawodnicy. Ich trener, którego „zieciakami” byli nazywani – Matt Busby. Sekretarz klubowy, Walter Crickmer, członkowie sztabu szkoleniowego. Ale byli tam i inni, a każdy z nich miał za sobą swoją historię. Drugi pilot, Ken Rayment, kilkanaście lat wcześniej zestrzeliwał niemieckie samoloty i został asem myśliwskim. Dziennikarze – Alf Clarke, Donny Davies, George Follows czy Frank Swift, były bramkarz Manchesteru City. Nebojša Tomašević, jugosłowiański dyplomata. Vera Lukić, ciężarna żona innego dyplomaty, attaché lotniczego Jugosławii, wracająca do Londynu wraz ze swą córką, Vesną.

O czym rozmyślali piłkarze United na pokładzie? O czekających ich wyzwaniach czy o wczorajszym zwycięstwie? A może o tym, w jak dziwny sposób polityka potrafi poróżnić ludzi, którzy przecież wszędzie są pod niektórymi względami tacy sami – wszędzie zachwycają się i cieszą sportem? Ze wspomnień Bobby’ego Charltona wynika, że na pewno nie o tym ostatnim. Rozmawiali, śmiali się, cieszyli.

Samolot dwukrotnie próbował oderwać się od ziemi – bezskutecznie. Pasażerów poproszono o opuszczenie maszyny. Pogoda była paskudna. Duncan Edward wysłał nawet telegram właścicielce mieszkania, które wynajmował, informując, że wróci o dzień później. Vera Lukić, choć była żoną pułkownika lotnictwa, nie lubiła latać – poważnie rozważała dalszą drogę pociągiem. Kiedy wszyscy wrócili na pokład, przeczuwali, że coś szło zdecydowanie nie tak, jak powinno. Harry Gregg wspomniał, że odłożył książkę, którą czytał, ze względu na treść – pomyślał, że jeśli z nią zginie, trafi prosto do piekła. Kilka osób przesiadło się na tył samolotu. O 15:03 piloci podjęli jednak trzecią próbę startu.

Kilka chwil później dla dwudziestu spośród czterdziestu czterech osób obecnych na pokładzie maszyny zegar zatrzymał się na zawsze. Trzy kolejne zmarły w wyniku odniesionych ran. Pierwszy pilot James Thain i Harry Gregg zaczęli wyciągać ofiary z samolotu. Ulsterski bramkarz mógł wielokrotnie ratować drużyny, dla których grał, ale właśnie wtedy rozegrał swój najważniejszy mecz - nie na trawie boiska, ale walcząc w śniegu z czasem. To jemu życie zawdzięczał mały Zoran Lukić, wtedy jeszcze noszony przez Verę. Dla niego i dla innych Gregg ocalił cały świat.

Drużyna Busby’ego właściwie przestała istnieć. Spotkanie z Wolverhampton zostało przełożone, ale do końca sezonu obrońcy tytułu wygrali tylko jeden mecz ligowy i ostatecznie spadli na dziewiąte miejsce w tabeli. Wbrew wszystkiemu zwyciężyli w pierwszym spotkaniu półfinałowym Pucharu Europy z Milanem, lecz zostali rozbici na San Siro. Dotarli do finału Pucharu Anglii, w którym ulegli Boltonowi. Przez Wyspy Brytyjskie, Europę i świat przetoczyła się jednak olbrzymia fala sympatii dla klubu z Old Trafford. Kto wie, czy bez niej George Best zdecydowałby się dołączyć do Manchesteru United… Następny sezon przyniósł już wicemistrzostwo kraju. W ciągu dekady Mattowi Busby’emu udało się odbudować zespół, zdobyć Puchar Anglii, dwa mistrzostwa i upragniony Puchar Europy. Bobby Charlton sięgnął zaś z reprezentacją po Mistrzostwo Świata. Nie wszyscy jednak czuli, że zostali potraktowani sprawiedliwie – Jackie Blanchflower, który nigdy już nie zagrał zawodowo w piłkę, musiał opuścić należący do klubu dom, w którym mieszkał…

Dziś mija już sześćdziesiąt lat od tamtej tragedii. Wielu z tych, którzy jej doświadczyli bądź pamiętają szok medialnych doniesień, nie ma już wśród nas. Ale ta data nadal łączy. Na zawsze będzie już symbolem i elementem etosu, spajającego ludzi na całym świecie, którzy na stadionie przy ulicy Sir Matta Busby’ego mają wspólny dom.

Dom, do którego oni wtedy wracali.

http://pl-pl.facebook.com/chlopcyzestretfordend/posts/1600326826715572
retibra

Postów: 4
Dodano: 07.02.2018, 11:28
Smutne wydarzenie, które w pewnym stopniu przyczyniło się do ukształtowania wielkiego DNA naszego klubu, które jest symbolem odrodzenia po upadku, w tym wypadku tragedii. Pokój ich duszom.
RuudVN

Postów: 87
Dodano: 08.02.2018, 12:07
99% użytkowników ma znikomą wiedzę na ten temat (ze mną włącznie)
za dużo komentarzy tu nie będzie

Nowy temat Nowy temat Odpowiedz Odpowiedz


Forum » Nasza kadra » Nasze przemyślenia na temat tragedii w Monachium


Zaloguj się, aby móc dodawać posty!
» Przejdź do logowania